bag_lady

Wpis

niedziela, 06 lipca 2008

MIASTECZKO XX, cd

Bez myśli

No, cóż muszę się przyznać do tego, że czasem nie myślę wcale. Zresztą zawsze wolę działać! I jestem porywcza. Pracuję nad charakterem całe życie, chyba już wspominałam?
Biegłam do drzwi, do których ktoś niecierpliwie i bez żadnej subtelności, się dobijał. Zdążyłam sobie wyobrazić, że na nimi stoi rzeczywiście wilkołak, dążyłam pomyśleć, że to ciekawe, jak wygląda, choć trudno to nazwać myśleniem!
Otworzyłam drzwi w pośpiechu, jakby  mi za plecami szalał pożar.
Brodaty ociekał wodą.
- Gdzie są te wasze rzeczy? - zapytał szorstko.
Nie byłam w stanie się odezwać, nie rozumiałam. Ostrożnie mnie odsunął od drzwi i poszedł dalej. Usłyszałam tylko coś w rodzaju zduszonego kwiknięcia Wioli, a on po chwili wyszedł objuczony naszym straganem i towarem.
- To wszystko? - rzucił na progu - pożyczam wam namiot i niech któraś przyjdzie - zawahał się - pewnie za dwie godziny się nie wygrzebiecie.
- A właśnie, że nie! - krzyknęłam za nim kiedy znikał w ulewie.
Zamknęłam drzwi i odciełam ten istny potok deszczu. Wiola patrzyła na mnie dziwnie.
- Nie gap się tak, ja zaraz wychodzę - powiedziałam i zniknęłam za kotarą łazienki.
Gnębiło mnie, że powinnam coś, że powinnam pomyśleć  o Brodatym. Ale nie chciałam, nie, nie dziś. Może jutro.
W rekordowym tempie, prawie niedostępnym istocie żeńskiej, niesiona żądzą udowodnienia, że to jest możliwe, już po dziesięciu minutach, kompletnie ubrana, umalowana i uczesana wybiegłam na zewnątrz. I było warto! Warto, by zobaczyć  Brodatego, który wyglądał jak kompletny szympans ze swoją zdumioną miną.
W sumie, co ja się jego czepiałam? Pożyczył rewelacyjny namiot, w którym można było wytrzymać nawet w największy deszcz. Miał mawet solidny daszek - namiot, nie Brodaty - i klienci mogli kupować nie moknąc.  O ile byli klienci... Na szczęście byli potem. Brodzili w deszczu i, chyba z nudów, kupowali niewiele się namyślając. Obsługiwałam ich mechnicznie i bez polotu, coś mi przeszkadzało... No tak, wyskoczyłam bez śniadania! Ja nie czuję nigdy głodu, nie miewam apetytu, o tym że powinnam coś zjeść melduje mi jakaś dziwna słabość.
Na Wiolę nie mogłam liczyć, przylepiła się do Chudego i sprzedawali te jego sreberka. Nie miałam ani cienia pretensji, nawet uśmiechałam się na ich temat pobłażliwie.
W samo południe, kiedy potężnie miałam dosyć wszystkiego, Brodaty się zjawił jak dżin z lampy Alladyna. Tym razem nie wbudził we mnie niechęci...


 Kiedy mam dość!

Następne dni tak długie, długie  jak zły sen. A przecież sprzedawałam. I miałam dosyć. Za mało czasu na sen. Poczucie, że robię coś absurdalnego. Nieustanny stres, czujność i gotowość do spełniania życzeń, odpowiadania na pytania.
I świnia. Dostawałam gęsiej skórki od pytań, czy mam swój sklep. Znów postawiłam świnię i starałam o niej nie pamietać, żeby nie palić się ze wstydu. Niby żart, ale świnia zarabiała i jak mniemam naigrywała się ze mnie.
Wracałam późną nocą, zasypiałam krótkim, męczącym snem, po to by się obudzić i bez żadnej radości powlec na rynek.
Nie było czasu na jedzenie. Starałam się jeść śniadanie, z kolacją było gorzej, czasem dosłownie zasypiałam z pożywieniem w ustach. Można rzec, że parę dni żyłam o wodzie Nałęczowiance, więc mogę ją reklamować, jako życiodajną.
Jakimś fragmentem mózgu myślałam, że to  bład, że to nie moja droga.
Po paru dniach szaleństwo festiwalu skończyło się. Czułam się jak pobita i wyzbyta resztek sił. Zarobiłam nawet sporo, ale nie dało mi to żadnej satysfakcji.
Zapadłam w sen bez końca.

Zmęczenie materiału

Mam zawsze spory zapas energii, entuzjazmu, ale kiedy przyjdzie mi coś robić z musu, wypalam się szybko. Wtedy było inaczej trochę, dobrowolnie pojechałam, nie po raz pierwszy zresztą, sprzedawać pod gołym niebem. Kryzys przyszedł nieoczekiwanie.
- A może ma pani inne kolory jednak? - wyjątkowo niezdecydowana klientka wybierała i wybierała, i wybierała.
Schyliłam się do torby i kątem oka, zdumiona zauważyłam, jak ona wrzuca moją torebkę do swojej dużej reklamówki. Udałam, że grzebię w swojej torbie, coś tam wydostałam i wyszłam zza straganu, stanowczym gestem sięgnęłam po jej foliową torbę. Zaskoczona nie stawiała oporu. Reklamówka była pełna różnych rzeczy, były tam też moje kolczyki, czapeczki. Zabrałam co moje, ona milczała wściekła, złapała dziecko za rączkę i oddalała się. Dogoniłam ją, wyjęłam dziecku z kieszni wystające koraliki.
Czułam niesmak i odrazę. To dziecko miało najwyżej pięć lat. Trudno oceniać po wyglądzie, ale i baba, i dziecko na nędzę  nie wyglądały.
Kradzieże zdarzały się dość często. Czasem komuś wydałam za dużo reszty orientując się sekundy za późno. Jasne, że wtedy nie goniłam nikogo z krzykiem. Nie mogę zagwarantować, że nie myliłam się i w drugą stronę, mogłam wydać za mało i nie zauważyć.
I pogoda, właściwie rzadko są dni idealne. Wiatr potrafi dokuczać bardzo. Czasem nadchodzą chwile doprawdy dramatyczne! Przyznam się, że burzy się boję panicznie. Na Krzywym Rynku widoczność była ograniczona, widziało się praktycznie tylko kwadrat nieba. Czasem ktoś usłużny donosił wiadomość, że chmury za Wisła, albo z przeciwka.
Byłam czujna, regowałam na każdą pierwszą kroplę deszczu. W razie małego deszczu, okrywałam wszystko folią. Na widok czarnej chmury pakowałam się w panice.
Tego dnia, w sobotę było upalnie. Gorąco i wielu klientów. Zwyczajnie musiałam przegapić ostrzeżenia. Lunęło, rozpętało się istne piekło z łomotem piorunów i wściekłym wiatrem. Walczyłam, by ratować dobytek, wichura wrywała mi wszystko z dłoni. Wiola dzielnie przybiegła na pomoc i już po minucie rozpłakała się histerycznie. Bała się, ja też! Ze zgarniętym byle jak straganem przeczekiwałyśmy nawałnicę w jakimś sklepie, trzęsąc się z zimna, przemoczone, kapiące wodą.
Ekspedienta w  sklepie robiła sobie kawę. Zapytałam, czy nie sprzedałaby nam, szklanka gorącego napoju była naszym marzeniem.
- A na co mi te pare złotych - odpowiedziała wzruszając ramionami.
Szlag mnie trafil! W zasadzie to był jakiś wyjątek, bo ludzie tamtejsi byli życzliwi i usłużni.
Ta ulewa podarowała mi sporo czasu, rozchorowałam się jak rzadko.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
vivictoria
Czas publikacji:
niedziela, 06 lipca 2008 10:26

Polecane wpisy

  • WCZASY V

    Od samego początku tęsknym okiem wodziłyśmy za szczęśliwcami, którzy siedzieli sobie w dużych, wiklinowych koszach plażowych. Jakoś nam się to wydawało luksusem

  • WCZASY IV

    Siedziałyśmy niemrawo przy stoliku, gapiąc się jednakowo bezmyślnie na talerze i przeczekując Babę. Baba odwala trzy razy dziennie ten sam rytuał. Przechodząc p

  • WCZASY III

    To było dziwne. Z jednej strony stanowiłyśmy najweselszą grupę na tych wczasach, z drugiej nasze niezadowolenie rosło... Wymagano tam karności i dyscypliny, co

Komentarze

Dodaj komentarz

  • tayton napisał(a) komentarz datowany na 2008/07/06 16:44:27:

    Dzięki za taaaaki długi urodzinowy prezent :-)

  • vivictoria napisał(a) komentarz datowany na 2008/07/07 16:07:15:

    A więc STO LAT!!!! I samych dobrych dni, radości codziennych i od święta!

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Bag Lady Blog

KONTAKT

@