bag_lady

PISZĘ

  • niedziela, 13 lipca 2008
    • WCZASY V

      Od samego początku tęsknym okiem wodziłyśmy za szczęśliwcami, którzy siedzieli sobie w dużych,

      wiklinowych koszach plażowych. Jakoś nam się to wydawało luksusem, zbyt kosztownym, ale po

      paru dniach pobytu nasza demoralizacja sięgnęła dna! Choć raz wypożyczyć! Poszłyśmy, 

      zaplaciłyśmy i zaczęłyśmy taszczyć ustrojstwo na swoje miejsce. Ciężkie to było jak piorun! Na plaży

      ciasno, masa ludzi, w dodatku na nasz widok wszyscy zrywali się z miejsc.
      - Mamy poroża na głowach, czy co?! - mruczała gniewnie, posapując siostra.
      - Nie mamy - opowiedziałam z pewnym wysiłkiem - nawet gacie nam nie opadły, choć powinny.
      Zziajane do ostateczności padłyśmy na to siedzenie, by zerwać się jeszcze prędzej! Dopiero

      podesłany kocyk pozwolił zażyć błogiego odpoczynku. Po czym ujrzałyśmy widok... Jedna facetka z

      koszem, takim samym jak nasz: ona go po prostu ciągnęła po piachu....
      Nie pomarłyśmy ze śmiechu, choć zgon był blisko. Jednakowoż poczułyśmy się skompromitowane na

      wieki wieków!
      Nie wiem, dlaczego udałyśmy się tego dnia na obiad. Kiciuś natrętnie proponował nam odwiezienie,

      co zważywszy jego podpatrzone wcześniej umiejętności, przerażało. Nawet siostra nie tknęła żarcia,

      a  Kiciusiowa mizdrzyła się, udając, że nic jej nie smakuje.
      - Jedz, zawsze wszystko jesz - skarcił ją Kiciuś - potem tylko stoimy w kolejkach do tych wszystkich

      smażalni - dodał zgnębionym głosem.
      Stolik aż podskoczył, kiedy ona go kopnęła...
      Wieczorem powiedziałam słówko siostrze,  nie musiała mówić nic, spojrzała tylko. Zarzuciłam szatę i

      poszłam na pocztę zadzwonić do domu i wybadać grunt... Mama nie okazała zdziwienia, a jeśli to

      takie, że aż tyle wytrzymałyśmy...
      Na wieść, że rezygnujemy z dobrodziejstwa dalszego wczasowania się, kierownik doznał szoku,

      zamiemówił, wreszcze wykrztusił, że to mu się jeszcze nie zdarzyło. Dostałyśmy suchy prowiant na

      drogę: parę kilo tabliczek czekolady...
      Koniec.

      ***

      Na tym koniec wspominania, zamiast wakacji twarde lądowanie i masy pracy! Mam nadzieję, że będę mogła pokazać więcej torebek, że się wywiążę z obietnic odezwania się do kliku osób, a przede wszystkim będę mogła wysłać obiecane siedmiu osobom niespodzianki!

      Za wszelkie zwłoki przepraszam!

      PS. Nie znaczy to, że pisaniny nie będzie, zobaczymy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „WCZASY V”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 lipca 2008 20:03
  • sobota, 12 lipca 2008
    • WCZASY IV

      Siedziałyśmy niemrawo przy stoliku, gapiąc się jednakowo bezmyślnie na talerze i przeczekując Babę. Baba odwala trzy razy dziennie ten sam rytuał. Przechodząc przez stolówkę do swojego stolika, wlepiała gębę nad środek każdego mijanego i gromko, z naciskiem wykrzykiwała : smaczneeego!
      Już to nas nie śmieszyło.
      - Zgadniesz co to jest - siostra  pokazała z daleka swój talerz.
      - A jesteś ciekawa? - zdziwiłam się usiłując nie patrzeć na wyjątwową obrzydliwość w postaci szarobrunatnej paćki rozbryzganej po talerzu.
      - Idziemy - zdecydowała gniewnie.
      Wracając poprzez gęsty smród, milczałyśmy. Kupiłam coś do jedzenia. Jakoś przestało nas śmieszyć cokolwiek. Jednak te wczasy zostały opłacone i z szacunku dla wydatkowanej przez rodzicieli kwoty, zgodnie milczałyśmy, choć myśl o powrocie już-zaraz-natychniast buzowała...
      Wieczorem to ona poszła pierwsza do łazienki a ja pomna na niedawne zdarzenie przekręciłam klucz...


      Owo wydarzenie miało następujący przebieg. Był późny wieczór, szykowałyśmy się do snu. Ona częściowo rozebrana, ja częściowo nieubrana. Siedziałam, tuż przy progu drzwi, taka była lokalizacja stolika. I nagle otworzyły się drzwi, w nich pojawił się starszawy i najpewniej pijany facet.
      - Czy tu mieszka...pułkownik Smaliński?
      Jako żywo nie mieszkał, więc zaprzeczyłam.
      Facet stał z lekka chybocząc się wahadłowo w tył i przód. Widząc wzrok siostry, na wszelki wypadek sięgnęłam po dezodorant i odbezpieczyłam. A ona parsknęła śmiechem! Facetowi zajarzyło  w oczach, widać uznał to za zachętę i ... wtedy kiedy już byłam gotowa pojechać mu tym środkiem przewpotnym po oczach, gibnęło go do tyłu, gdzie natychmiast wpadł w ramiona poszukujących kompanów.

       

      Od tej chwili obie pilnowałyśmy tych drzwi zamkniętych.
      Poszła więc, po paru minutach zgasło światło...  Z uchem przy drzwiach czekałam na nią coraz bardziej zaniepokojona. Ciemno było jak u murzyna gdzieś ... Dlaczego do czorta ona nie wraca?! Co robi tam po ciemku?!
      Nagle ktoś załomotał w drzwi z taką mocą, że mało nie padłam na serce.
      - Akurat, otworze - pomyślałam zawzięta i niebotycznie zdenerwowana.
      Nastała cisza i znów rumor potężny tuż za drzwiami!!!
      - Otwórz idiotko, to ja!!! - usłyszałam własną siostrę.
      Okazało się najpierw zgubiła nasze jedyne mydło i przeszukiwała teren na czworakach, potem miała obie ręce zajęte i jedyne co jej przyszło do głowy to strzelenie kopa w drzwi...
      Rano ona pojechała autobusem na śniadanie, ja ruszyłam w ramach solidarności pieszo trochę później. Byłam zaspana, jak zwykle rano, w dodatku gadałyśmy do późna.  Weszłam na most i po parunastu krokach doznałam szoku!!! Tuż przed moim nosem zaczęła podnosić się jezdnia!!! Obok straszliwie klnąc hamował rowerzysta...  Wiedziałam, że most zwodzony, widziałam jak podnoszą wiele razy, ale uprzedzali!! Świeciło, dzwoniło i nie sposób było przeoczyć!!! Przeżycie to długo męczyło mnie w koszmarach sennych.
      W nędznych humorach poszłyśmy na plażę. Słońce i słońce. Nawet ja, miłośniczka upałów miałam trochę dosyć, tak naprawdę miałam dosyć tej ludnej plaży i tłoku!
      Siedziałyśmy bezmyślnie, kiedy dotarły do nas monotonne okrzyki:
      - Bita śmietana z jagodami, bita śmietaaana...
      Głodne byłyśmy, bo zaczynało się oszczędzanie... Skusiła nas ta śmietana z jagodami. Raz jedyny! Do dziś o jakimś szczegółnym świństwie mówimy "bita śmieta z jagodami", co budzi zdumienie wśród niewtajemniczonych.
      Na koniec zdarzyła nam się kompromitacja wszechświatowa...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      sobota, 12 lipca 2008 12:33
  • piątek, 11 lipca 2008
    • WCZASY III

      To było dziwne. Z jednej strony stanowiłyśmy najweselszą grupę na tych wczasach, z drugiej nasze niezadowolenie rosło...  Wymagano tam karności i dyscypliny, co się objawiało - przynajmniej jak dla nas - wysoce głupkowato.
      To było na początku. Przy obiedzie. Tuż koło "naszej" palmy stanął kierownik i i wypowiadając każdą z głosek osobno i z namysłem, wyrzucił w przestrzeń:
      - O-G-Ł-O-SZ-Eee- NIE....- zachwiał się wykonał gest chwytania się za palmę!
      Był pijany. Siedziałam w półwypadzie gotowa na unik, gdyby palma razem z nim runęła na stolik. Kiciusiowie nieświadomi, co się dzieje za ich plecami błogo uśmiechali się.
      Z ogłoszenia wynikało, że po pierwsze jest wieczorek zapoznawczy, po drugie wycieczka, która kosztuje tyle i tyle. Na koniec poczęstował nas zdumiewającą informacją: obecność obowiązkowa!!! Tego było dla nas za wiele!
      - A ja właśnie pójdę na wieczorek! - powiedziałam mściwie.
      Siostra zainteresowała się, w końcu mnie znała...
      - Sama nie pójdziesz! - zdecydowała natychmiast.
      Opócz mglistych planów zrobienia jakiegoś psikusa nic nam do głowy nie przyszło, ale byłyśmy ciekawe, jak też taki zapoznawczy wieczorek wygląda w praktyce.
      Ona udała się pierwsza pod pysznic i wróciła z hiobowymi wieściami.
      - Wiesz jakie baby postrojone tam idą?! Widziałam przez okno.
      - Żartujesz?  Już idą?! Jeszcze ze dwie godziny czasu jest?
      - Hy, hy, pewnie tam potem siedzi się na podłodze - zasuponowała.
      Nie zabrałyśmy żadnych tak zwanych eleganckich strojów, zrobiłyśmy jednak co mogłyśmy... Ona wyprodukowała sobie intrygującą fryzurę, że nawet rodzona matka...., ja założyłam Szatę.  Było coś niespotykanego. Dostałam kiedyś w prezencie kupon niezwykłej materii,  zawierającej w sobie wszystkie kolory świata w wersji neon, jadącej po oczach nie tylko z racji natężenia barw, jak i połysku, którym się ta materia charakteryzowała. Jednakże gatunek i jej jakość znakomite były i wpadłam na ten upiorny pomysł uszycia z tego iście wściekłego materiału, szaty. Szata jak szata, prosta, luźna była wygodna i w największe upały przyjemnie chłodziła. Że też tam waliła każdego po oczach... Skutkiem ubocznym, w tymże Dziwnowie każdy MUSIAŁ mnie zauważyć, spotkałam znajomych którzy tam wpadli przejazdem na kilka chwil.
      - A, to ty! - każdy po chwili oślepienia wołal, jakby się zmówili, jednakowo.
      W takiejż postaci udałam się ów wieczorek.
      Z powodu chudnących kieszeni zamówiłyśmy tylko wodę mineralną i rozpoczęłyśmy "zapoznawanie się". Kelnerami byli żołnierze, którzy mieli na polowe mundury nałożone fartuchy.  Zespół na żywo też złożony z żołnierzy. Tańczyć nie było z kim, wszyscy byli z żonani, które wiadomo...
      Zresztą impreza toczyła głównie na stolikach obciążanych coraz większą ilością butelek. Dwie wredne dziewuchy siedziały sobie i obgadywały wszystkich po kolei chichocząc złośliwie.
      Podszedł do nas kelner. Spojrzał  tak boleściwym wzrokiem, że aż nas zahipnotyzował, gapiłyśmy się na niego bez tchu.
      - Gdyby nie TEN FARTUCHU, TO BYM ZATAŃCZYŁ - rzekł do nas z autentycznym, najgłębszym  współczuciem!
      Został oblany wodą mineralną, my zresztą też. Parsknęłyśmy jednocześnie, tama poszła!!!
      Uciekałyśmy kwicząc i płacząc ze śmiechu.
      ---------------------------------------------------------------------

      Następnego dnia jeszcze pokładałyśmy się ze śmiechu, nie mając pojęcia, że śmiech może być niebezpieczny!
      To był kolejny upalny dzień i zmieniałyśmy się często, jedna moczyła się w morzu, druga schła na kocu. Wróciłam, usiadłam sobie spoglądając na towarzystwo obok, które razem z W Chusteczce  Na Cztery Rogi, grało w tym upale w karty. Gapiłam się bezmyślnie, a potem wydawało mi się, że jakoś dziwnie długo nie ma siostry. Poderwało mnie, zaczęłam jej wypatrywać. Już potężnie kiełkowały myśli, że może utopiła się, czy co, kiedy ją zobaczyłam. Szła jakoś wolno, co chwila zginając się w pół, wyglądało mi to na boleści, co jest?! Wreszcie dotarła.... Śmiała się obłąkańczo i próbowała mi coś powiedzieć.
      - Czy ty wiesz, kto to jest.... iiiihyyyyyy, aaaaa.... - zaśmiewała się a łzy miała rozmazane po całej postaci.
      - No mów jakoś porządnie!!! - rozkazałam kiedy po raz kilkunasty wygłosiła ten początek zdania.
      - Czy ty wiesz, kto to jest aaaahahahahaha......
      No i przepadło, śmiech mi się udzielił, choć nie miałam pojęcia, z czego się śmieję.
      Wreszcie udało jej sie wycharczeć nieco więcej.
      - Czy ty wiesz kto to jest ten W Cztery Rogi, buahahahahaha....
      I koniec. Wreszcie poprzez czkawkę, liczne przerwy wydusiła: Smaliński, w którego z takim upodobaniem bawiłyśmy się cały czas! Ten od "kto pani jest, proszę odejść"!!!! Dowiedziała się przypadkiem...
      Wtedy dokładnie dowiedziałam się co znaczy umierać za śmiechu, słowo daję, nie jest to lekki rodzaj śmierci!
      Jeszcze potem siedziałyśmy na schodach śmiejąc się obłąkańczo. I znów ścigały nas niechętne spojrzenia. Nie wiem, jak to się miało do regulaminu, zabraniali czy co, nie trudziłyśmy się tą lekturą. Próbowano nas napiętnować za brak uczestnictwa jakiejś idiotycznej wycieczce. Zaczynałyśmy mieć dosyć... i pewien plan...
      ---------------------------------------------------------------

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „WCZASY III”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      piątek, 11 lipca 2008 17:04
  • czwartek, 10 lipca 2008
    • WCZASY II

      Jakim cudem udało nam się załapać na ten autobus następnego dnia, bezprawnie zupełnie, bo wiekowo nam się nie należał, nie mam pojęcia, szczególnie nie pamiętam jak udało mi się wstać tak rano! Dzięki temu obejrzałam sobie trasę, nic takiego pomyslało mi się głupio: jakiś kilometr, jakiś most po drodze. Nie będę jeździć tym głupim autobusem!  No i słowa dotrzymałam z dziecinną łatwościa...
      Pierwszy posiłek - śniadanie odsłonił nam kolejny i tym razem trwały skutek pomylenia nas z rodzicami. Zostałyśmy niesprawiedliwie uhonorowane najlepszym stolikiem pod imponującą palmą i towarzystwem. Towarzystwo stanowił płk Kiciuś z małżonką. Rzecz jasna nie nosił on takiego nazwiska, otrzymał je od kolegów z racji nikczemnego wzrostu i wąsików. Siłą rzeczy jego małżonka została panią Kiciusiową. Mam do nich uraz do tej pory, co się nacierpiałam to moje! Spróbujcie wewnątrz konać za śmiechu a po wierzchu udawać uprzejme zainteresowanie, to zobaczycie! Kiciuś bowiem odkrył w sobie Don Juana conajmniej, grał rolę galanta wobec dwóch młodych dziewuch, w dodatku niebrzydkich chyba, a Kiciusiowa wbrew zaawansowanemu wiekowi,  była dzierlatką niepomną swej metryki, szczebiotała i ... kopała Kiciusia pod stołem, kiedy on mówił coś niestosownego, acz jak się wydawało prawdziwego.  Nosiła treskę ufryzowaną tak, że nie wiadomo było, gdzie podziać oczy.
      Wróćmy do tego pierwszego śniadania, które uzmysłowiło nam, w co się wpakowałyśmy...
      Po powitalnych grzecznościach usiadłyśmy przy stoliku. Kątem oka zobaczyłam coś okropnego. Moja siostra miała pod nosem wazę z zupą mleczną - chyba to się tak nazywa? Jej mina wskazywała, że za sekundy nastąpi potworna wręcz katastrofa!!! Obie jednakowo nie znosiłyśmy tego specjału, sam zapach wywoływał odruch wymiotny.
      - Będzie dziś pięknie - cokolwiek za głośno i z naciskiem odezwałam się do niej.
      Spojrzenie miała mętne.
      - Nie myśl o tym - powiedziałam łapiąc wazę i wtykając ją bezceremonialnie Kiciusiowi. Na jej miejsce czym prędzej postawiłam popielniczkę, uniemożliwiając powrót wazy na to samo miejsce.
      Rozejrzałam się po stoliku baczniej. Pieczywo w postaci chleba, plasterki jakiejś wędliny plus margaryna. Czyli dla mnie tylko chleb, chleb okazał się przepyszny, wręcz niebiańsko! Do picia mleko o dziwnym kolorze, którego żadna z nas nie tknęła. Pić nam się chciało, owszem, ale mleko to nie napój, ale pożywienia,z czego mało kto zdaje sobie sprawę.  Póżniej się dowiedziałam, że to była kawa zbożowa, której nie znałyśmy z domu.
      - No to nie mam po co przyłazić na śniadania - oznajmiłam beztrosko, chleb to mogę sobie kupić byle gdzie.
      Moja siostra nie była wegetarianką, ale krzywiła się na resztę śniadania też. Nawet poszła wykłócić się o herbatę. Herbatę przyniosła.
      - Zobacz - szepnęła do mnie.
      Spojrzałam uważnie pod naciskiem jej wzroku. Jak pragnę zdrowia, po herbacie pływały dorodne tłuste oka!
      - Dlatego nie wzięłam i dla Ciebie - sama też nie wypiła specjału...
      ---------------------------------------------------------------


      Już sama nie wiem, dlaczego dzielnie maszerowałam na posiłki z wyjątkiem śniadań. Siostra załapywała się na poranny autobus, przywoziła sterty tego pysznego chleba i oznajmiała nieodmienie:
      - Nic nie było na śniadanie, a nie, pomidora mam dla ciebie.
      Wydatki nam  rosły, kieszonkowe topniało, skromne zresztą, przenaczone na naprawdę drobne przyjemności.
      Po tym pamiętnym pierwszym śnadaniu, udałyśmy się na plażę. Wystarczyło przejść na drugą stronę jezdni i kawałek ścieżką by zobaczyć piasek. A pogoda była, że ho, ho! Jak opowiadało radio "nad samym morzem 31C w cieniu". Swoją drogą skąd oni brali ten cień nad samym morzem?! Uwielbiamy obie słońce i o reszcie zapomniałyśmy. Jako jedne z nielicznych mogłyśmy zostawać na plaży długo, bowiem nie przyjechałyśmy blade. Obok nas rozłożył się facet natychmiast nazwany W Chusteczce Na Cztery Rogi, z uwagi na to  mało pomysłowe nakrycie łysiny.  Wokół niego toczyło  się dość ożywione życie towarzyskie, ale co nas to obchodzilo, śmieszny był i tyle.
      Na plaże był tłum, który nas kompletnie zaskoczył, dosłownie przejśc nie można było, cały kraj udał się na plażę i tak było codziennie. Dało się wytrzymać mocząc się w wodzie. Niestety zawsze jedna z nas musiała zostawać i pilnować dobytku. Wymyśliłyśmy sobie odzywkę, której używałyśmy zawsze na powitanie tej szczęściary, która wracała z morskich toni:
      - Kto pani jest?! Ja pani nie znam, proszę odejść!!!
      Kwitowanej wybuchami śmiechu. I tu będzie dygresja...
      Odzywka ta nie była naszego wynalazku ani autorstwa, pochodziła z podsłuchu. Nasz ojciec opowiadał wiele razy o jednym takim, płk Smalińskim, który po pierwsze nadużywał napojów wysoko procentowych, po drugie bał się swojej  żony, która podobno go biła. Masa osób była świadkiem incydentu na jakieś zabawie. Ów Smaliński przybył z małżonką, po czym porzucił ją przy  stoliku i poszedł do znajomych. Małżonka długo czekała, w końcu rozsierdzona niesubordynacją męża ruszyła do niego. Kiedy nad nim stanęła i zażądała powrotu na właściwe miejsce, podniósł mętny acz odważny wzrok i zawołał:
      - Kto pani jest?! Ja pani nie znam! Proszę stąd odejść!!!
      Incydent został przez wszystkich zapamietany na wieki.  Nie, nie mogłyśmy przypuszczać jak to się na nas odbije...
      -----------------------------------------------------------------------------------------------------

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „WCZASY II”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 lipca 2008 00:02
  • środa, 09 lipca 2008
    • Wczasy zakładowe, czyli "Pan też do Bałtyku?!" I

        Istniało coś takiego. Zakłady pracy miały własne ośrodki wczasowo-rekreacyjne. Moja rodzina była wojskowa, wojskowe ośrodki otoczone były zawiścią reszty społeczeństwa, jako lepsze... o rany boskie! Zaszczytu otrzymania przydziału na takie wczasy mój ojciec dostąpił trzykrotnie w czasie prawie 37 letniej służby... Z tego jeden raz dotyczył mnie osobiście i mojej siostry. Moi rodzice nie chcieli skorzystać, jakoś mieli osobliwe doświadczenia i wypchnęli młode pokolenie. Miało to wręcz sensacyjne następstwa zwłaszcza dalekosiężne.
      Zacznijmy jednak od począku. Zaszczyt spadł znienacka i bez żadnych starań, ojciec oznajmił, że dostał przydział na dwie jednostki ludzkie do Dziwnowa, do ośrodka "Bałtyk". Zapadła cisza, bo przydział nie oznaczał, że wczasy były za darmo, w dodatku było źle widziane by odmawiać. Rodzice kategorycznie odmówili patrząc na siebie wzajemnie dziwnym wzrokiem - oni już kiedyś byli na takich wczasach.... Padło na mnie i siostrę. Dwa tygodnie nie wiek, czemu nie?! Pojechałyśmy. Najpierw pociągiem do Kołobrzegu, a może to był Koszalin? Ze wstydem wyznaję,  nie pamiętam. Przesiadka na autobus tym się odznaczyła, że wyglądała osobliwie. Na dworcu PKSu kolejka czekała na właściwy autobus, dochodziły do niej stopniowo nowe osoby i dały się słyszeć ciągle te same okrzyki:
      - Pan też do Bałtyku?!
      - Państwo też do Bałtyku?
      Słowem ekipa z naszych wczasów...
      Początek zapowiadał ciąg dalszy.
      Wszyscy tłoczyliśmy się w korytarzu, po długiej podróży wszyscy mieli dosyć, a tu urządzono nam zapisy, które ciągnęły się godzinami. Byłam wściekła, a  w dodatku...
      - Czujesz jak tu śmierdzi? - bez żadnej dyplomacji zapytałam gromko siostrę.
      - No - odpowiedziała z uciechą - mama wiedziała co robi, że nie chciała  jechać, odrazu zawróciłaby na pięcie.
      Bo śmierdziało okropnie. Reszta ludu udawała, że posługujemy się językiem swahili, milczeli w potępieniu tak frywolnego tematu rozmowy. Już potem okazało się, że smród jest także własciwością całego Dziwnowa i jeśli obecnie nie jest, niniejszym przepraszam Dziwnów najmocniej!


                            ------------------------------------------------------------- 


      Kiedy wreszcie wpuszczono nas do przybytku, gdzie rozdzielano pokoje zrobiło się jeszcze dziwniej - ale  w końcu to był Dziwnów...
      Konternacja, bo mieli zapisane jak byk, że przyjeżdzają nasi rodzice: Małgorzata i Marian. Słowem dokonano przystosowania naszych imion, siostra za zmianą płci pogodziła się łagodnie, miałyśmy naprawdę dosyć tego początku! I nic nas nie obchodził szok z powodu zamiany osób. Długo to trwało, zamim odpowiednie osoby wreszcie skojarzyły, że rodzice zrezygnowali z zaszczytu wczasowania na rzecz smarkul.  Kiedy wreszcie wyprostowano pomyłkę okazało się, że przydzielono nam niesłusznie i niesprawiedliwie paradny pokój, znów  jako naszym rodzicom, zaproponowano zamianę, na którą przystałyśmy z entuzjazmem, do czasu kiedy musiałyśmy wspinać się na strych... Ale co tam, pokój okazał się całkiem przyjemny, na górze ubikacje jakoś nie śmierdziały, dało się wytrzymać...
      A potem odbyło się  zebranie zwieńczone naszym  totalnym zbaranieniem. Stołówka była jakoś daleko, tak daleko, że dzieci i starców - określonych rzecz jasna dyplomatyczniej - miał zabierać autobus podstawiany na śniadanie o wręcz upiornie porannej godzinie. Popatrzyłyśmy na siebie ze zgrozą.
      - Mama miała rację - powiedziałyśmy jednocześnie.
      Następnie obdarzono wszystkich komunikatem, że zabrania się ... na pierwszym miejscu wymieniając: zabrania się przerabiania instalacji elektrycznych szczególnie w łazienkach. Lista była długa, zapewniam i pełna podobnych idiotyzmów. Wszyscy słuchali z uwagą i powagą a jeden facet najwyraźniej robił notatki!!! Nie umiałyłyśmy ukryć rozchichotania i znów oberwałyśmy zgorszonymi spojrzeniami. W grupie wczasowiczów dało się zauważyć młodsze pokolenie tylko pod postacią kilkorga drobnych dzieci. Ranga wczasowiczów oscylowała między porucznikiem a pułkownikiem. Parę osób znałyśmy nieco.
      ------------------------------------------------------------------------

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      środa, 09 lipca 2008 21:10
  • wtorek, 08 lipca 2008
    • MIASTECZKO XXII, cd

       

      Polska szosa


      Już po niedługiej chwili zobaczyłam ponownie grupę przede mną, potem zrównałam się z nimi, dzieci liczyły na złapanie okazji, jechały do Lubopola. Życzyłam im szczęśliwej podróży i wśród śmichów-chichów poszłam szybciej.
      Przed sobą miałam typową polską boczną drogę. Wąska szosa, bez poboczy, zarośnięta po obu stronach. Cisza i spokój, z rzadka można było zobaczyć jakieś auto. Zdjęcie nie oddaje uroku tej trasy. Miałam przy sobie byle jaki aparat fotograficzny.
      Po jakimś czasie upał dał się we znaki, miałam wrażenie, że asfalt przepala grube, pancerne spody trekingowych sandałów na wylot. Szło się jednak lekko, powietrze rozgrzane nad szosą falowało, ale było wonne i rzeźkie zarazem. Chciało się mieć skrzydła! Po jakimś czasie droga prowadziła przez las. Tu zapachy zintensywniały tworząc upojną mieszankę. Nie dałam się skusić uroczym przesiekom, które wabiły i zapraszaly: tędy, idź tędy.
      Dalej droga podnosiła się to opadała. Zwykle tego nie zauważamy jadąc samochodem, dla piechura to jest różnica. Z górki idzie się lżej, pokonanie wyniosłości sprawia satysfakcję.
      Czaiłam się  na gniazdo bocianie, które było prawie tuż przy drodze, a którego nigdy nie widziałam z bliska. Gniazdo w tym miejscu było od zawsze. Niedaleko jest miejsce bocianich sejmików. Widziałam te spotkania parę razy i z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że ten sejm jest piękny i piękni uczestnicy co do sztuki!
      Nie odpoczywałam, bo nie było potrzeby, nie liczyłam czasu. Świat był oszałamiająco piękny! Wiem, jestem fanatycznie zakochana w ziemi lubelskiej, ale nigdzie indziej nie jest tak pięknie, tak soczyście zielono jak tam.
      Wreszcie dotarłam do gniazda. Wyglądało jak puste, ale wiedziałam, że nie jest. Podeszłam blisko, zadarłam głowę.


      - Hej tam, jest tam kto?!
       Na moment wychynął się dziub i łepek rozczochrany. W gnieździe były małe.

      Nie stałam tam długo. Takie gniazdo w upale śmierdzi nieziemnsko i wokół unoszą się czarne chmury much.
      Dotarłam dość szybko do Oberżysk (no dobrze tak naprawdę Karczmisk), nawet pokonanie słynnego zakrętu śmierci nie sprawiło mi kłopotu, wyszłam na górę (wtajemniczni wiedzą, znają), skręciłam w prawo i udałam się po zamówioną wcześniej wełnę.
      Umiem prząść, mam urządzenia, ale jest trudny dostęp do przygotowanej odpowiednio wełny. Zniknęły gręplarnie, coraz mniej owiec.
      Wróciłam autobusem, bo jednak nie miałam ochoty wracać pieszo w wielkim kłębem wełny w objęciach.

      Pożegnanie lata

      Mimo wszystko, bez żalu, bez łez rozstawałam się z Miasteczkiem. Miejscem tak urokliwym, wyjątkowym, że jego wpływu nie można się nigdy pozbyć. To jest stolica artystów, hipisów, stolica sztuki nieokiełznanej. Tam trzeba być, wtopić się w ten leniwy czas, zapomnieć o pospiechu.
      Postanowiłam, że już nie będę sprzedawać osobiście, chyba że od czasu do czasu. Postanowiłam wiele... Już nie chciałam powracać na ten rynek jako sprzedawca.

      To było także pożegnanie z Wiolą, która ujrzała swoją przyszłość u boku Chudego, z zapałem postanowiła zgłębiać tajniki sztuki jubilerskiej.
      Siedziałyśmy jak wiele tygodni temu, na werandzie w domu Niezawodnego. Wszyscy milczeli. Czuliśmy, że nadszedł czas zmian.
      Był początek sierpnia... Gdzieś w trawie zawzięcie koncertowały świerszcze. Gorące powietrze niosło zapach siana, który się mieszał z zapachem znakomitej kawy i ciasta z wiśniami.
      Chciało się wtedy powiedzieć, chwilo trwaj! Ale przeminęła.
      ***

      W tym miescu kończy się wątek opiewający trudy sprzedaży na kiermaszach i jarmarkach.
      W tym miejscu rozpoczyna się powieść , w której te wszystkie przygody są retrospekcją, wspomnieniami. Powieść o nieustalonym jeszcze tytule rozpoczyna się w momencie powrotu narratorki zza granicy, po prawie trzech latach, do wymarzonego własnego domu budowanego pod jej nieobecność. Są w tej powieści romanse, jest szokująca zbrodnia i niezwykłe rozwiązanie losów głównych bohaterów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „MIASTECZKO XXII, cd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 lipca 2008 13:12
  • poniedziałek, 07 lipca 2008
    • MIASTECZKO XXI, cd

      Takie tam...


      Tak naprawdę nie byłam bardzo chora, ale potrzebne mi było samousprawiedliwienie. Na szczeście padało prawie codziennie - idealne alibi.
      Zajęłam się tym, do czego ssało mnie od wielu dni. Zrobiłam sobie przytulne legowisko, siedziałam, robiłam na drutach, szydełkowałam i nieustannie robiłam notatki. Zapisałam dwa grube zeszyty pomysłami, projektami. Mam je do dziś i z nich czerpię cały czas! Właśnie z tego wybuchu kreatywności w tamtym czasie. Te dwa pękate, obszargane zeszyty ciągle mi towarzyszą.
      Na dodatek ten okres około dwóch tygodni wpominam jako totalne lenistwo! A pamiętam, że zrobiłam wtedy nie mało! I czyż nie warto iść za swoją pasją, by praca stała się przyjemnością?  Nawet za cenę wyrzeczeń i nieustannej walki? Nie ma nic za darmo! Jeśli czegoś pragniemy nie mówmy nigdy: nie warto, nie uda się. Pytajmy ile to kosztuje? Pytajmy siebie samych, czy chcemy taką cenę zapłacić.
      W te dni, nawet deszcz nie przeszkadzał, świadomość, że nie muszę stać na rynku uskrzydlała. Odzyskałam świetny humor i już rana byłam wesołkiem nawet w kolejce po pieczywko.
      Miasteczko odzyskało swój magiczny urok, włóczyłyśmy się wieczorami  podziwiając każdy nowoodkryty zakątek. Jak zarazy unikałyśmy rozmów o sprzedawaniu, a stragan został przykryty płachtami szmat.
      Podziwiam tych wszystkich sprzedających na ulicach, na targowiskach! Oni stoją dzień w dzień, czy słońce, czy deszcz, czy mróz. Nie zarabia się tam wielkich, nawet dużych pieniędzy, a praca ciężka bardzo.
      Siedziałyśmy wieczorem w knajpie "U Krawca", rozanielone, rozgadane. Głównie gadała Wiola, która sączyła powolutku wino.
      - Nie wiem co robić - westchnęła, aż zamiotło wszystkie śmietki ze stołu.
      - Wiesz - odpowiedziałam z naciskiem.
      Znowu westchnęła.
      - Nie wzdychaj, za późno - orzekłam poważnie.
      Wiedziałam, że ona pójdzie za Chudym na dobre i złe, choć zawahałabym się dodać na zawsze. Chudy wydawał  mi się cokolwiek skąpy, ale któż jest doskonały?!


       Środek lata

      W środku lata, tuż przed apogeum turystycznego sezonu podjęłam decyzję: wracam do domu. Pojęłam ją rzucając monetą. Robię tak często. I tak, i tak wszystko jest dziełem przypadku, no może prawie wszystko, bo część naszego losu jest dziełem uporu. W dodatku dostałam konkretną propozycję z Wiednia. To robilo nadzieję, że rozwinę skrzydła. Marzenie, by projektować rosło i wręcz kipiało. Projektować, mieć prawdziwą pracownię gdzie będą powstawać prototypy, pomału budować własną markę. Doświadczenia mnie nauczyły, że najważniejsze będzie stworzenie dobrego zespołu, który będzie ze mną pracował. To kosztuje. Należało zarobić. Jak? Tu kończyły się moje pomysły i wyobrażenia. Jednoosobowa firma rękodzielnicza, obciążona wieloma świadczeniami może wypracować choć skromny kapitał? Doba ma, jak powszechnie wiadomo dwadzieścia cztery godziny i grosza więcej. Człowiek musi jeść, spać, musi choćby nie wiem co. Bywa, że się pracuje osiemnaście godzin na dobę, ale ile tak można wytrzymać? Przede wszystkim nie wytrzymują ręce, o czym dziewiarki i nie tylko one wiedzą najlepiej. Za przeproszeniem tyłek też nie wytrzymuje - ileż można siedzieć?! Takie tempo można utrzymać jakieś dwa tygodnie, potem już popada się w amok, lub apatię, w zależności od własnego temperamentu.
      A jeśli ktoś robi różnorodne rzeczy? Nic tylko się sklonować. Polskie ustawodawstwo nie chce przyjąć do wiadomości, że istnieją jedoosobowe firmy, nawet gorzej - każdy następny krok zmierza do ich likwidacji. Podobno polski przedsiębioraca spędza 172 godziny rocznie nad papierami. Moim zadniem im mniejszy, tym więcej! Dlaczego?! Tego nie pojmę! Wiele z tych firm pozostanie jedoosobowa, ale niech jakiś procent się rozwinie, to już jest sukces! Nawet ci pojedyńczy wojownicy na rynku są sukcesem! Oni nie wyciągaja ręki po zasiłki, a cały ciężar tworzenia warsztatu pracy spada na nich. Już nie mówię o czymś tak subiektywnym jak radość wykonywania ulubionego zajęcia, tego nikt nie zauważa, ale to przekłada się jakoś na stan społeczeństwa, nawet na zdrowie? Kogo to obchodzi?   Krótkowzroczna polityka każdego rządu budzi oburzenie i niesmak. Nie, to nie jest narzekanie. To jest konstatacja stanu.
      Przed wyjazdem chciałam załatwić parę rzeczy. Wybrałam się do miejscowośći leżącej między Miasteczkiem a Lubopolem, do Oberżysk. Tam mieszkała moja znajoma, która miała owce i ręcznie przędzioną wełnę. Pojechałam autobusem i choć dziwnie to brzmi, pojechałam teoretycznie. Zaraz po wyjeździe z Miasteczka, w Jeziorszczyźnie autobus się zepsuł. Kierowca przyjął to z flegmatycznym spokojem wyciągnął Kurier Lubelski i oddał się lekturze. Niektórzy pasażerowie pokornie siedzieli, niektórzy wysiedli. Zapowiadał się dzień upalny.
      - I co teraz? Kiedy jest następny autobus? - pytałam.
      - Za półtorej godziny - odpowiedziało zza gazety.
      Aż mnie zadławiło. Nie znoszę zieniać planów, nawet nie pomyślałam o powrocie! Wysiadłam, zarzuciłam plecak i ruszyłam przed siebie równym, miarowym krokiem. Daleko w przodzie znikała za zakrętem gromada dzieci, które ruszyły wcześniej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 lipca 2008 12:11
  • niedziela, 06 lipca 2008
    • MIASTECZKO XX, cd

      Bez myśli

      No, cóż muszę się przyznać do tego, że czasem nie myślę wcale. Zresztą zawsze wolę działać! I jestem porywcza. Pracuję nad charakterem całe życie, chyba już wspominałam?
      Biegłam do drzwi, do których ktoś niecierpliwie i bez żadnej subtelności, się dobijał. Zdążyłam sobie wyobrazić, że na nimi stoi rzeczywiście wilkołak, dążyłam pomyśleć, że to ciekawe, jak wygląda, choć trudno to nazwać myśleniem!
      Otworzyłam drzwi w pośpiechu, jakby  mi za plecami szalał pożar.
      Brodaty ociekał wodą.
      - Gdzie są te wasze rzeczy? - zapytał szorstko.
      Nie byłam w stanie się odezwać, nie rozumiałam. Ostrożnie mnie odsunął od drzwi i poszedł dalej. Usłyszałam tylko coś w rodzaju zduszonego kwiknięcia Wioli, a on po chwili wyszedł objuczony naszym straganem i towarem.
      - To wszystko? - rzucił na progu - pożyczam wam namiot i niech któraś przyjdzie - zawahał się - pewnie za dwie godziny się nie wygrzebiecie.
      - A właśnie, że nie! - krzyknęłam za nim kiedy znikał w ulewie.
      Zamknęłam drzwi i odciełam ten istny potok deszczu. Wiola patrzyła na mnie dziwnie.
      - Nie gap się tak, ja zaraz wychodzę - powiedziałam i zniknęłam za kotarą łazienki.
      Gnębiło mnie, że powinnam coś, że powinnam pomyśleć  o Brodatym. Ale nie chciałam, nie, nie dziś. Może jutro.
      W rekordowym tempie, prawie niedostępnym istocie żeńskiej, niesiona żądzą udowodnienia, że to jest możliwe, już po dziesięciu minutach, kompletnie ubrana, umalowana i uczesana wybiegłam na zewnątrz. I było warto! Warto, by zobaczyć  Brodatego, który wyglądał jak kompletny szympans ze swoją zdumioną miną.
      W sumie, co ja się jego czepiałam? Pożyczył rewelacyjny namiot, w którym można było wytrzymać nawet w największy deszcz. Miał mawet solidny daszek - namiot, nie Brodaty - i klienci mogli kupować nie moknąc.  O ile byli klienci... Na szczęście byli potem. Brodzili w deszczu i, chyba z nudów, kupowali niewiele się namyślając. Obsługiwałam ich mechnicznie i bez polotu, coś mi przeszkadzało... No tak, wyskoczyłam bez śniadania! Ja nie czuję nigdy głodu, nie miewam apetytu, o tym że powinnam coś zjeść melduje mi jakaś dziwna słabość.
      Na Wiolę nie mogłam liczyć, przylepiła się do Chudego i sprzedawali te jego sreberka. Nie miałam ani cienia pretensji, nawet uśmiechałam się na ich temat pobłażliwie.
      W samo południe, kiedy potężnie miałam dosyć wszystkiego, Brodaty się zjawił jak dżin z lampy Alladyna. Tym razem nie wbudził we mnie niechęci...


       Kiedy mam dość!

      Następne dni tak długie, długie  jak zły sen. A przecież sprzedawałam. I miałam dosyć. Za mało czasu na sen. Poczucie, że robię coś absurdalnego. Nieustanny stres, czujność i gotowość do spełniania życzeń, odpowiadania na pytania.
      I świnia. Dostawałam gęsiej skórki od pytań, czy mam swój sklep. Znów postawiłam świnię i starałam o niej nie pamietać, żeby nie palić się ze wstydu. Niby żart, ale świnia zarabiała i jak mniemam naigrywała się ze mnie.
      Wracałam późną nocą, zasypiałam krótkim, męczącym snem, po to by się obudzić i bez żadnej radości powlec na rynek.
      Nie było czasu na jedzenie. Starałam się jeść śniadanie, z kolacją było gorzej, czasem dosłownie zasypiałam z pożywieniem w ustach. Można rzec, że parę dni żyłam o wodzie Nałęczowiance, więc mogę ją reklamować, jako życiodajną.
      Jakimś fragmentem mózgu myślałam, że to  bład, że to nie moja droga.
      Po paru dniach szaleństwo festiwalu skończyło się. Czułam się jak pobita i wyzbyta resztek sił. Zarobiłam nawet sporo, ale nie dało mi to żadnej satysfakcji.
      Zapadłam w sen bez końca.

      Zmęczenie materiału

      Mam zawsze spory zapas energii, entuzjazmu, ale kiedy przyjdzie mi coś robić z musu, wypalam się szybko. Wtedy było inaczej trochę, dobrowolnie pojechałam, nie po raz pierwszy zresztą, sprzedawać pod gołym niebem. Kryzys przyszedł nieoczekiwanie.
      - A może ma pani inne kolory jednak? - wyjątkowo niezdecydowana klientka wybierała i wybierała, i wybierała.
      Schyliłam się do torby i kątem oka, zdumiona zauważyłam, jak ona wrzuca moją torebkę do swojej dużej reklamówki. Udałam, że grzebię w swojej torbie, coś tam wydostałam i wyszłam zza straganu, stanowczym gestem sięgnęłam po jej foliową torbę. Zaskoczona nie stawiała oporu. Reklamówka była pełna różnych rzeczy, były tam też moje kolczyki, czapeczki. Zabrałam co moje, ona milczała wściekła, złapała dziecko za rączkę i oddalała się. Dogoniłam ją, wyjęłam dziecku z kieszni wystające koraliki.
      Czułam niesmak i odrazę. To dziecko miało najwyżej pięć lat. Trudno oceniać po wyglądzie, ale i baba, i dziecko na nędzę  nie wyglądały.
      Kradzieże zdarzały się dość często. Czasem komuś wydałam za dużo reszty orientując się sekundy za późno. Jasne, że wtedy nie goniłam nikogo z krzykiem. Nie mogę zagwarantować, że nie myliłam się i w drugą stronę, mogłam wydać za mało i nie zauważyć.
      I pogoda, właściwie rzadko są dni idealne. Wiatr potrafi dokuczać bardzo. Czasem nadchodzą chwile doprawdy dramatyczne! Przyznam się, że burzy się boję panicznie. Na Krzywym Rynku widoczność była ograniczona, widziało się praktycznie tylko kwadrat nieba. Czasem ktoś usłużny donosił wiadomość, że chmury za Wisła, albo z przeciwka.
      Byłam czujna, regowałam na każdą pierwszą kroplę deszczu. W razie małego deszczu, okrywałam wszystko folią. Na widok czarnej chmury pakowałam się w panice.
      Tego dnia, w sobotę było upalnie. Gorąco i wielu klientów. Zwyczajnie musiałam przegapić ostrzeżenia. Lunęło, rozpętało się istne piekło z łomotem piorunów i wściekłym wiatrem. Walczyłam, by ratować dobytek, wichura wrywała mi wszystko z dłoni. Wiola dzielnie przybiegła na pomoc i już po minucie rozpłakała się histerycznie. Bała się, ja też! Ze zgarniętym byle jak straganem przeczekiwałyśmy nawałnicę w jakimś sklepie, trzęsąc się z zimna, przemoczone, kapiące wodą.
      Ekspedienta w  sklepie robiła sobie kawę. Zapytałam, czy nie sprzedałaby nam, szklanka gorącego napoju była naszym marzeniem.
      - A na co mi te pare złotych - odpowiedziała wzruszając ramionami.
      Szlag mnie trafil! W zasadzie to był jakiś wyjątek, bo ludzie tamtejsi byli życzliwi i usłużni.
      Ta ulewa podarowała mi sporo czasu, rozchorowałam się jak rzadko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MIASTECZKO XX, cd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lipca 2008 10:26
  • sobota, 05 lipca 2008
    • MIASTECZKO XIX, cd

      Na fali


      Nadia zostawiła nam masę towaru, ot tak na słowo i ruszyła swoim włanym szlakiem, miała wrócić do Miasteczka na festiwal kapel.
      Zajęta po uszy, zupełnie nagle zauważyłam, że jest lato, że ludzie wokół odpoczywają, opalają się, błogo leniuchują.
      - Idziemy się opalać, nad Wisłę!
      - A co będziesz sobie opalać - wścibsko zapytała Wiola - wiesz Vivi, już jesteś i tak czarna, po ci to?
      - Mam ochotę popatrzeć na wodę, mam ochotę nic nie robić - rozmarzyłam się.
      - To i ja polezę - zgodziła się skwapliwie.
      Na nadbrzeżu kłębił się tłum. Nagle nabrałam ochoty na popłynięcie statkiem. Nie kosztowało to majątku. Calą drogę nie odzywałyśmy się do siebie. Wokół było i tak gwarno. Na wysokości drewnianego, malowniczego wiatraka statek zawrócił,  a szkoda, mogłam tak płynąć i płynąć. Wiatrak to był chyba ten sam który niejakiego Antka pchnął w świat, ta sama okolica. Na wodzie budziła się moja dusza pirata i wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach.
      Osobiście wątpię, czy kiedykolwiek na Wiśle, szczególnie w tym miejscu grasowali piraci, ale mogłabym się zaciągnąć.
      Chyba jednak byłam zmęczona i marzyła mi się jakaś odmiana. Dręczyło mnie przekonanie, że robię coś głupiego, że nie tędy droga. Z wielką niechęcią musiałam przyznać przed samą sobą, iż unikam myślenia o tym, co bardzo ważne. Sytuacja wymagała radykalnych rozwiązań, a usiłowałam udawać, że wszystko jest w porządku... Czułam - rozwiązanie jest blisko, jest łatwe i możliwe. Z drugiej strony przytłaczały minione doświadczenia.
      Próbowałam zatrudnić kogoś. Konkretnie dziewiarkę. Dałam anons do prasy. Zgłosiło się wiele pań. Umawiałam się z nimi, odwiedzałam, oglądałam ich dzieła. Wybrałam kilka. Zaczęłam od pani, jak mi się wydawało najbardziej doświadczonej, dyspozyzycyjnej, bo na emeryturze. Dostała włóczkę, druty, najdokładniejszy opis, gotowy sweter na wzór. Po tygodniu mogłam obejrzeć rezultat. Pani się nie spodobał wzór, zamieniła na inny,  ładniejszy jej zdaniem. Rękawki zrobiła po swojemu, bo tak lepiej... W dodatku jakość wykonania znacznie odbiegała od uprzednio zaprezentowanych mi przykładów. Tylko bardzo niskiemu ciśnieniu zawdzięczam, że żyję jeszcze...
      Nader podobnie było z następnymi paniami.  W każdym przypadku działała reguła: dla siebie robiły znacznie lepiej, dla mnie, choć umówiona cena za pracę była przyzwoita, o wiele gorzej! Tak się zastanawiam, dlaczego?
      - Co masz taką ponurą minę? - aż się wzdrygnęłam jak Wiola zagadała do mnie.
      - Zamyśliłam się - odpowiedziałam z roztargnieniem - próbuję coś wymyślić, no wiesz...
      - To teraz?! Jak jest tak fajnie?! - była rozradowana jak rozbrykane dziecko.
      Przyjrzałam jej się.
      - A co, on przyjedzie? - rzuciłam od niechcenia.
      Wiola spłonęła jak wiśnia.

      W Miasteczku  było coraz tłoczniej, turystów przybywalo z każdym dniem. Dla nas najważniejsza była pogoda, temat nieustannej troski i rozmów. Dezcz to była klęska, a najgorzej, gdy nadchodził znienacka. Z kolei pan Jan narzekał na suszę i był spragiony deszczów, nasze  opozycyjne oczekiwania  starannie  przed nim ukrywałyśmy. Odpowiadały nam dostawy warzyw i owoców, a nawet pogawędki z nim. Ten rolnik z dziada-pradziada, bez żadnego wykształcenia posługiwał się zdumiewająco piękną polszczyzną wtrącając ledwo trochę rusycyzmów. Słuchając go czułam się jak w sercu ojczyzny.


       Pogoda rządzi


      Zaczęło się dziać dużo. Przyjechał, jak zgadłam Chudy. Wiola rzecz jasna straciła zainteresowanie całą resztą świata, czego jej za złe mieć nie mogłam.
      Zbliżały się dni festiwalu. Było w Miasteczku coraz więcej turystów. Nawet próbowałam stać na Krzywym Rynku w inne dni tygodnia. Coraz bardziej byłam rozdarta, już należało robić na całego rzeczy na sezon jesienno-zimowy, a ja tu stoję... Dziubałam, co prawda sweter, ale skokami, bo dorabiałam biżuterię na bieżąco. Poczucie, że robię nie to, co trzeba przygniatało jak wszystkie kamienie Himalajów. Ciągle mi jednak brakowało czasu na zastanowienie się. A może po prostu nie chciałam myśleć? Towar od Nadii dawał kasę. Jednak dużo sprzedanych, tanich rzeczy to lepsze niż parę drogich. Kolonijne wycieczki chętnie kupowały drobiazgi za parę złotych.
      Pogoda była piękna, ale w miarę zbiżania się festiwalu narastał niepokój i słusznie. W przededniu zachmurzyło się i zaczęło padać. Najpierw nieśmiało, podam rozpadało się na całego.
      - Może przestanie do rana - wraziłam życzenie.
      - Wiesz, on nam może dać kawałek miejsca w swoim namiocie - miała na myśli Chudego.
      - Kawałek...  będziemy mu przeszkadzać. Pardon, ja będę, bo ty mu możesz nawet siedzieć głowie i nie piśnie - łypnęłam na Wiolę.
      Wyraźnie promieniała zadowoleniem. Ja się zabrałam za pakowanie, bo nie zamierzałam się łatwo poddawać. Wywlekłam wielką płachę folii ogrodniczej, znalazłam zszywacz biurowy i zaczęłam klecić pokrowiec na stragan.  Nie było to dobre rozwiązanie, trochę pomagało na niespodziewany deszcz, kiedy trzeba było ratować dobytek przed zmoknięciem.
      Kiedy późno kładłam się, dosłownie z budzikiem na poduszce, deszcz walił w okno, łomotał.
      Obudził mnie budzik, który warczał jak wściekły i jeszcze jeden dziwny dźwięk, dochodził jakby od drzwi wejściowych. Było jeszcze ciemno, pora wczesna okropnie, deszcz lał.
      Ktoś, czy coś, z  wielką gwałtownością walił w drzwi.  Wiola siedziała na posłaniu rozespana i przestraszona.
      - To może  być  wilkołak - wyszeptała.
      - Dlaczego wilkołak? Jest przecież po północy? - zdziwiłam się i nagle otrzeźwiałam.
      Pobiegłam do tych drzwi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MIASTECZKO XIX, cd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      sobota, 05 lipca 2008 22:53
  • piątek, 04 lipca 2008
    • MIASTECZKO XVIII, cd

      Niedziela pracująca

      Nazajutrz jak gdyby nigdy nic, rano świeciło słońce. Plując sobie w brody i mamrocząc wyszukane inwektywy pod własmym adresem ciągnęłyśmy wózek w takim tempie, że hałas wprost powalał.
      - Nie leć tak, bo nas ukamieniują za ten rzęgot.
      - To nie  ja lecę, to leci samo!
      Faktycznie nachylenie jezdni było spore.
      Na Krzywym Rynku już był komplet, objeżdżałyśmy go dokoła z głupią nadzieją, gdy Grisza dał  mi znak ręką a drugą ludziom, którzy się już rozłożyli niedaleko. Doprawdy nie mam pojęcia, jak to się stało! Nagle zrobiło się trochę miejsca, jakby ktoś schował cały stragan, ale jak?! W siebie?! Podziękowałam i błyskawicznie skorzystałam. Dzień był niezły, ale tematem numer jeden były muszki, które atakowały bez litości. Dlaczego nie mnie? Nie mam pojęcia, być może to była zasługa perfum, których używałam,  takie mam podejrzenia, że muszki ich nie lubią...
      Wiola była jedzona żywcem i z wielkim apetytem. Opędzała się, jakby nagle wyrosły jej wentylatorki zamiast rąk. I wtedy przyszedł, choć właściwiej byłoby powiedzieć przylazł ten facet. Z bukietem jakiś roślin obficie kwitnących białymi mikro kwiatkami. Zapach od tego bił nieziemsko smrodliwy, że wprost określę. Podszedł do nas i zatknął ten bukiet na naszym stojaku.
      - Już nie będą dokuczać - uśmiechnął się i chwiejnym krokiem się oddalił zanim zdobyłyśmy się na reakcję.
      - Nie wiem jak ty, ale ja właśnie zacznę dokuczać, ten zapach mnie wnerwia! - jęczałam.
      - Cicho, zobacz, przeniosły się! - z Wioli buchało nadzieją.
      I jakże słuszną! Nasz stragan stanowił strefę wolną od czarnego, napastliwego draństwa! Zaczęłyśmy w każdej wolnej, od obsługiwania klientów chwilce wypatrywać naszego dobroczyńcy. Wreszcie się zjawił, chyba nie rozumiał co do niego mówimy. Przyglądał się nam z miłym uśmiechem a następnie ku zdumieniu, znienacka ułozył się na ziemi, głowę lokując na sandałach Wioli i błogo zasnął... Tak więc, nasz stragan zionął obrzydliwą wonią kwiatków i oparami alkoholu... Wiola litosiernie podetknęła mu zwinięty w kłąb żakiet i wróciła do obowiązków.
      - Pani patrzy - wyszeptał konspiracyjnie Wędkarz.
      Spojrzałam w kierunku wyznaczonym przez wywrócone oczy sąsiada. Nawet rzec można wytrzeszczyłam się. Rozejrzałam się szybko szerzej, bo a nuż kierunek nie był słuszny? Wszyscy gapili się w jedną stronę. Nic szczególnego nie widziałam. Nadchodziła jakaś korpulentna dama, ubrana nawet z sensem,  gustownie, stosownie do tuszy. Tuż za nią szedł facet w wieku starszawym i tylko tym się odznaczał, że był ubrany w ogrodniczki, wersja mini, co wyglądało idiotycznie. Przelotnie mu się przyjrzałam. Daniel O. to pewnie była ta sensacja? Zawsze myślałam, że on jest wysoki... Zresztą nigdy go nie lubiłam, jako aktora rzecz jasna.
      Zrobili zakupy przy straganie z używanymi rzeczami. Pare dni ludzie mieli co sobie opowiadać.
      Ja już niecierpliwie czekałam na Nadię.


      Nadia

      Nadia to moja znajoma z Ukrainy. Zwykle prawie pół roku spędza w Polsce sprzedając rękodzieło, gdzie tylko się da. Na ogół na przeróżnych kiermaszach i jamarkach. Zanim ją poznałam zachwycałam się rzeczami, którymi handlowała. Owszem masówka, czasem nawet niestarannie wykonana, na ilośc a nie na jakość. Jednak miała urok i wdzięk kiczów, a przy tym było to tanie niezmiernie. Czasem ratowałam się tym towarem mając obrzydliwe uczucie brania udziału w wyzysku. Z jednej strony to uczucie, z drugiej finansowy ratunek. Jak to jest możliwe, żeby świadomie się na to zgodzić? Nadia tłumiła moje wyrzuty sumienia, tłumacząc że ludzie, którzy to robią są z zapłaty zadowoleni... chętnie przyjmowałam te wyjaśnienia, używając ich jako plastra na swoje obolałe sumienie.
      Tym razem przywiozła naprawdę masę towaru i to same ciekawe rzeczy. Drewniane gwizdki-ptaszki, fujarki, solniczki-sowy. To nie jest śmieszne, to się sprzedaje ponieważ jest tanie i miłe oku.

      Przywiozła też biżuterię, za którą się złapałam natychmiast w celach przeróbkowych. A także inne rzeczy. Ręcznie haftowane ręczniki, które do dziś używane są na weselach. To ciągle kawał starej tradycji, kultywowanej z pokolenie na pokolenie. Nie muszą się podobać wszystkim, ale przerobione na spódnice i tuniki zrobiły furorę w Europie!

      Te ręczniki są haftowane krzyżykami, lub tkane.

      Dziś jest renesans techniki zwanej filcowaniem, mało kto wie, że tuż za naszą granicą powstają piękne w swej surowej prostocie filcowane huculskie narzuty - liżniki. Są tam jeszcze domy, w  których stoją warsztaty i tka się starymi metodami. Tak mogę godzinami, bo przecież i w Polsce jeszcze tli się sztuka ludowa i rękodzieło artystyczne. Będzie o tym jeszcze dużo, dużo więcej.
      Tymczasem wspominam Miasteczko i naszą walkę o byt. Nadia nas podratowała. Było sporo dzieci, które pytały nas: ma pani coś za dwa złote? za pięć? A nawet za parę groszy. Czasem było nam przykro, że nic tańszego nie mamy.
      Wyrzuty sumienia, które boksowały mnie jednak koiłam myślą, że kiedyś się zrehabilituję... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „MIASTECZKO XVIII, cd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vivictoria
      Czas publikacji:
      piątek, 04 lipca 2008 10:58

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Bag Lady Blog

KONTAKT

@